
Drugi kierowca autokaru, który rozbił się na węgierskiej autostradzie M3, opowiedział o ostatnich godzinach przed katastrofą. Grzegorz Wojtoń w rozmowie z „Super Expressem” uciął teorie o dachowaniu pojazdu. Wskazał na stromy nasyp przy drodze. Padła też gorzka uwaga o pasach.
Drugi kierowca autokaru opisał ostatnią zmianę za kierownicą
Grzegorz Wojtoń był zmiennikiem na tym kursie, a zarazem jest właścicielem biura podróży, które zorganizowało pielgrzymkę. Autokar prowadził przez Chorwację i część Węgier, a kiedy jego limit pracy dobiegał końca, zjechał na stację i oddał stery panu Robertowi. W chwili uderzenia spał w kabinie przeznaczonej dla kierowców.
Z jego relacji wynika, że zmiennik był w pełni świadomy otoczenia i chwilę przed zjechaniem z trasy powoli przygotowywał się do zjazdu na najbliższy postój. Za kierownicą siedział dopiero od trzech i pół godziny. Do celu zabrakło niewiele.
Mówił, że chciał do tego miejsca dojechać. Brakło tych 2 km
– relacjonował Wojtoń.
Stromy nasyp bez barierek ochronnych
W mediach szybko pojawiła się wersja, że autokar z impetem wielokrotnie koziołkował. Wojtoń stanowczo temu zaprzeczył.
Absolutnie nie. Proszę tego nie słuchać
– uciął spekulacje na łamach „Super Expressu”.
Według jego relacji ciężki pojazd zjechał z głównej drogi i od razu przewrócił się na jeden ze swoich boków. Potem siłą rozpędu zsuwał się po nasypie przez kilkanaście metrów. To tam, jego zdaniem, powstała skala obrażeń pasażerów.
Był bardzo stromy i bardzo głęboki nasyp, który moim zdaniem powinien być zabezpieczony barierkami ochronnymi. W tym miejscu tych barierek nie było i kto wie, jak potoczyłaby się sytuacja, gdyby tam były
– tłumaczył oburzony właściciel biura podróży.
Ukryte problemy zdrowotne swojego zmiennika wykluczył. Po wydostaniu się z wraku mężczyzna powtarzał tylko „Nie wiem, nie wiem”. Hipotezę o nagłym pęknięciu opony Wojtoń uznał za mało prawdopodobną, a ostatecznie sprawdzą ją węgierscy i polscy biegli.
Pasażerowie sporadycznie zapinali pasy
Wojtoń wskazał też, dlaczego uderzenie pochłonęło tak wiele ofiar śmiertelnych i ciężko rannych. Ludzie po wjechaniu do rowu wypadali ze swoich foteli i lądowali uwięzieni po jednej stronie pojazdu. Zapytany o pasy, podał bolesną statystykę.
Wie pan co, bardzo, bardzo rzadko się zapinali. Można powiedzieć, że sporadycznie, chociaż mówi się, prosi się…
– przyznał ze smutkiem.
Sam odniósł obrażenia, ale zaraz po wypadku włączył się w akcję wyciągania pasażerów przez okna i szyberdachy. Gorzko ocenił organizację polskiej dyplomacji. Jego zdaniem bezpośrednia pomoc z ambasady dotarła zdecydowanie za późno, a w pierwszych, kluczowych godzinach nocnych poszkodowanych wsparli mieszkający na Węgrzech przedstawiciele Polonii. Zorganizowali im noclegi.
Przypomnijmy, że do katastrofy doszło w nocy z 15 na 16 sierpnia 2026 roku na autostradzie M3 w północno-wschodniej części Węgier. Autokarem wracało z pielgrzymki 59 osób. Zginęło dwanaście z nich, a co najmniej dziesięć zostało ciężko rannych. Wcześniej opisywaliśmy decyzję węgierskiego sądu o areszcie dla kierowcy.
Prokuratura Okręgowa w Krośnie wszczęła śledztwo w sprawie nieumyślnego sprowadzenia katastrofy w ruchu lądowym, a Inspekcja Transportu Drogowego sprawdza czas pracy kierowców i stan techniczny pojazdów przewoźnika. Wstępne ustalenia mówią o zaśnięciu za kierownicą. Ostateczne wnioski mają przynieść opinie biegłych.
Publikowaliśmy też relację ocalałej z katastrofy nauczycielki. W węgierskich szpitalach wciąż leży osiemnaście osób, a stan kilku z nich pozostaje niestabilny.
Źródło zdjęcia: Canva






