Koniec normy 36,6 stopnia. Zdrowy człowiek ma dziś inną temperaturę ciała

Koniec normy 36,6 stopnia. Zdrowy człowiek ma dziś inną temperaturę ciała

Prawidłowa temperatura ciała nie wynosi dziś 36,6 stopnia Celsjusza. Medycyna mówi o całym przedziale, a niższy odczyt na termometrze nie musi zwiastować choroby. Znaczenie ma pora dnia, miejsce pomiaru i wiek badanego. Jeden wynik mówi niewiele.

36,6 stopnia to standard sprzed ponad 150 lat

Historia słynnej liczby sięga XIX wieku. W 1868 roku niemiecki lekarz Carl Reinhold August Wunderlich uznał 37 stopni Celsjusza za wzorcową temperaturę ludzkiego ciała. Z czasem wartość tę skorygowano do 36,6 stopnia. Liczba zadomowiła się w podręcznikach i w świadomości kolejnych pokoleń.

Od czasów Wunderlicha zmieniło się jednak sporo. Współczesna medycyna nie zakłada już, że wszyscy zdrowi ludzie mają dokładnie taki sam wynik. Na pomiar wpływa miejsce przyłożenia termometru, jego rodzaj, pora dnia, aktywność fizyczna i wiek. U kobiet liczy się także etap cyklu menstruacyjnego. Jedna liczba tego nie obejmie.

Prawidłowa temperatura ciała mieści się dziś w przedziale

Za normę u zdrowego człowieka uznaje się obecnie wartości sięgające mniej więcej od 35,9 do 37 stopni Celsjusza. Niższy odczyt nie oznacza od razu choroby ani osłabienia organizmu. Liczy się to, czy wynik się powtarza i czy dochodzą do niego inne objawy.

Pojedynczy pomiar to jedno. Utrzymujące się wychłodzenie to zupełnie co innego, bo w tym drugim przypadku może dojść do hipotermii. Organizm źle znosi również nadmiar ciepła. Temperatura przekraczająca 40 stopni Celsjusza grozi hipertermią, tak samo jak udar cieplny oraz wyczerpanie organizmu. Granica gorączki pozostaje przy tym bez zmian i wynosi 38 stopni Celsjusza.

Dlaczego temperatura człowieka się obniżyła

Zespół lekarzy i antropologów pod kierownictwem profesora Michaela Gurvena z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Santa Barbara wskazał kilka powodów tej zmiany. Badacze zebrali ponad 18 tysięcy pomiarów od blisko 5 tysięcy dorosłych z boliwijskiego ludu Tsimane. W niecałe dwie dekady ich średnia spadła o mniej więcej 0,5 stopnia Celsjusza i wynosi 36,1 stopnia.

Znaczenie ma przede wszystkim poprawa warunków życia. Dostęp do czystej wody, higiena, szczepienia i skuteczniejsze leczenie sprawiają, że układ odpornościowy rzadziej musi reagować na chorobotwórcze drobnoustroje. Organizm ma mniej powodów, by trwać w nieustannej gotowości do walki z infekcjami. To zaś oznacza mniejsze wydatki energetyczne.

Na wynik wpływa też samo otoczenie. Klimatyzowane mieszkania, biura i samochody pozwalają łatwiej unikać zarówno zimna, jak i przegrzania. Podobną rolę odgrywają współczesne ubrania, w tym tkaniny odprowadzające ciepło oraz wilgoć.

Przypomnijmy, że do podobnego wniosku doszedł wcześniej zespół doktor Julie Parsonnet z Uniwersytetu Stanforda. Naukowcy przeanalizowali 677 tysięcy pomiarów mieszkańców Palo Alto w Kalifornii. Średnia spadła tam z 37 do 36,4 stopnia Celsjusza na przestrzeni dwóch stuleci. Skala okazała się zaskakująca.

Nie ma więc jednej wartości, która opisywałaby każdego człowieka. Inny wynik można uzyskać rano, inny wieczorem, a jeszcze inny zaraz po wysiłku. Znaczenie ma także miejsce, w którym przykładamy termometr. Dlatego pojedynczy pomiar nie daje pełnego obrazu.

Obserwować warto przede wszystkim własną temperaturę i jej zmiany. Jeśli przez dłuższy czas jest wyraźnie niższa niż zwykle albo dochodzą do tego silne osłabienie, dreszcze czy zaburzenia świadomości, nie wolno tłumaczyć tego „nową normą”. Trzeba iść do lekarza. Termometr pokazuje bowiem tylko część prawdy o organizmie.

Źródło zdjęcia: Canva