8. rocznica śmierci Kory. Tak brzmiały ostatnie słowa artystki

8. rocznica śmierci Kory. Tak brzmiały ostatnie słowa artystki

Mija osiem lat od śmierci Kory, jednej z najbardziej charyzmatycznych i cenionych artystek w historii polskiej muzyki. Wokalistka przez kilka lat zmagała się z rakiem jajnika, przechodząc liczne operacje i wyczerpujące leczenie. Choć choroba wielokrotnie odbierała jej siły, nigdy nie przestała walczyć o życie. Odeszła 28 lipca 2018 roku w swoim ukochanym domu na Roztoczu, otoczona rodziną i najbliższymi.

Diagnoza przyszła zbyt późno

Problemy zdrowotne Kory narastały przez długi czas. Artystka chudła, cierpiała z powodu silnego bólu, jednak początkowo nikt nie rozpoznał prawdziwej przyczyny jej dolegliwości. Dopiero dzięki pomocy prof. Magdaleny Środy trafiła do lekarki, która zleciła odpowiednie badania.

Jak wspominała później Magdalena Środa w biografii „Słońca bez końca. Biografia Kory”:

Dałam więc jej telefon do mojej pani ginekolog. To była chyba wiosna 2013. Kora zadzwoniła natychmiast i następnego dnia poszła do niej. Dwa dni później była w szpitalu na Orłowskiego, bo okazało się, że zapuściła sobie nowotwór jajnika. Chciała nawet chyba procesować się ze swoim ginekologiem, że tego nie zauważył, a rak rósł i rósł.

Kolejne operacje i przerzuty

Po pierwszej operacji lekarze rozpoczęli intensywne leczenie. Niestety nowotwór okazał się wyjątkowo agresywny i szybko pojawiły się przerzuty.

Profesor Magdalena Środa wspominała ten trudny okres słowami:

Najpierw był ten jajnik, operacja, szpital Orłowskiego, który był ohydny. Potem okazało się, że są przerzuty, więc był szpital onkologiczny na Ursynowie. Kiedy jednak się pogorszyło, była pierwsza chemia, potem druga chemia…

Mimo wyczerpującego leczenia Kora nie ukrywała skutków choroby. Otwarcie mówiła o utracie włosów i wspierała kobiety przechodzące podobne doświadczenia. Szukała również innych sposobów na poprawę swojego stanu.

Jak opowiadała Magdalena Środa:

Nie dziwiło mnie, gdy zaczęła szukać ratunku nawet tam, gdzie logika nakazuje nie szukać – w diecie zgodnej z grupą krwi, w wodzie przywiezionej z Arktyki, w jadzie żabim o tajemniczych właściwościach albo w jakimś guru czy wschodniej muzyce.

Na chwilę pojawiła się nadzieja

Po zastosowaniu nowoczesnego leczenia wydawało się, że chorobę udało się opanować. Artystka przyjmowała olaparib, który miał ograniczyć ryzyko kolejnych przerzutów.

Niestety na początku 2018 roku okazało się, że nowotwór powrócił. Kora przeszła kolejną niezwykle skomplikowaną operację – tym razem mózgu. Mimo ogromnego wyczerpania nadal walczyła o życie.

Kilkanaście dni przed śmiercią jej stan gwałtownie się pogorszył. Trafiła najpierw do szpitala w Bliżowie, a następnie do Zamościa. Lekarze nie byli już jednak w stanie jej pomóc.

Osoba z otoczenia artystki mówiła po jej śmierci:

Chemia by ją zabiła.

Nie chciała odchodzić w szpitalu

Kiedy stało się jasne, że możliwości leczenia zostały wyczerpane, Kora podjęła wspólnie z mężem decyzję o powrocie do domu.

Jak przekazywało źródło bliskie rodzinie:

Jej ukochany mąż zabrał ją do domu. Ona zawsze powtarzała, że jeśli nie będzie już dla niej szans, woli umrzeć w domu, wśród bliskich. Nie chciała odchodzić w szpitalu, przypięta do aparatury sztucznie podtrzymującej życie.

To właśnie tam, w ukochanym domu na Roztoczu, 28 lipca 2018 roku nad ranem, artystka odeszła.

Kamil Sipowicz wspominał ostatnie chwile

Po śmierci Kory jej mąż, Kamil Sipowicz, opowiedział o niezwykle poruszających wydarzeniach tamtej nocy. Bliscy przez dłuższą chwilę siedzieli w ciszy, próbując oswoić się z tym, co się wydarzyło.

Jak opisywała Małgorzata I. Niemczyńska:

Wybrali jej trzy zestawy. W domu było kilkoro najbliższych. Przez godzinę jej nie ruszali. Usiedli w ciszy. Zbierali myśli. Potem zrobili rundkę po pokojach, by skompletować ubrania. Przez lata jej styl się zmieniał. Wygrał zestaw najbardziej współczesny. Dopasowane czarne spodnie, do tego czarny golf, na wierzch kolorowy żakiet i turban na głowę. Chyba nikt z nich nie pomyślał, że przecież jest upał. O tym golfie kilkanaście dni wcześniej mówiła, aby pamiętali: to jej ulubiony. Nic więcej. Ostatnio pokochała chińską czerwień. Włożyli jej na palec pierścień w tym kolorze. Prezent od przyjaciela z dalekiej podróży. Z ogrodu syn przyniósł lilię.

Przejmujące ostatnie słowa

Jednym z najbardziej poruszających wspomnień podzieliła się siostra Kory. Opowiedziała o chwili, która na zawsze zapadła jej w pamięć.

Byłam przy niej, gdy odchodziła. Ona była już nieprzytomna, ale był taki moment, była noc, trzymałam ją za rękę i ona nagle podniosła głowę, popatrzyła na mnie i powiedziała bardzo wyraźnie: »Oni tu są, Tadziu«. Tadzio to był nasz brat, który rok wcześniej zmarł. Widziała tych naszych zmarłych z rodziny, a to było na dwa dni przed jej śmiercią.

Od lat zmagała się z bólem

Choć diagnozę usłyszała dopiero w 2013 roku, sama przyznawała, że dolegliwości towarzyszyły jej od młodości. W wywiadzie dla miesięcznika „PANI” mówiła:

Pół życia zjadałam tony proszków przeciwbólowych. Mój lekarz, którego znam od lat, nie przeoczył tego, on to zlekceważył. Nie zlecił przede wszystkim badań, które zleciła inna lekarka. Dzięki niej zrobiłam testy BRC1 i BRC2, a potem lekarz mi powiedział: to choroba śmiertelna i nieuleczalna. Dlatego nieprawdopodobnie słabłam przez te wszystkie lata. Ból mnie zginał do ziemi. Po tygodniu od diagnozy byłam na stole operacyjnym.

W innym wywiadzie podsumowała swoją walkę z chorobą słowami:

Przeszłam trzy poważne operacje oraz dwa kursy chemii.

Źródło zdjęcia: Wikipedia- Autorstwa Sławek – Jackowska Kora, CC BY-SA 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=71189890