
Binge-watching odbija się na zdrowiu. Naukowcy sprawdzili, co dzieje się po nocnym maratonie seriali
Oglądanie seriali bez przerwy stało się dla wielu widzów zwyczajnym sposobem na spędzanie wieczorów. Platformy streamingowe robią wszystko, żeby kolejny odcinek startował sam. Badacze z Belgii i Stanów Zjednoczonych przyjrzeli się temu nawykowi z bliska. Wnioski nie są obojętne dla snu i nastroju.
Binge-watching to nawykowe, kompulsywne oglądanie seriali odcinek za odcinkiem. Oficjalnej definicji nie ma, więc nikt nie ustalił, od ilu odcinków zaczyna się maraton.
Pewną wskazówkę daje ankieta, którą Harris Interactive przeprowadziła dla Netflixa pod koniec 2013 roku. Wzięło w niej udział blisko 1500 dorosłych Amerykanów, którzy przynajmniej raz w tygodniu oglądają seriale w sieci. Aż 73 proc. z nich uznało, że binge-watching to od dwóch do sześciu odcinków tego samego serialu za jednym posiedzeniem.
Oglądanie seriali bez przerwy narodziło się razem ze streamingiem
Dawniej widz musiał dopasować się do telewizyjnej ramówki. Na kolejny odcinek czekał cały tydzień i nie miał wyboru.
Pierwszą zmianę przyniosły lata 90. i kasety VHS, a później płyty DVD, które pozwalały obejrzeć kilka odcinków lub filmów z rzędu.
Prawdziwy przełom nastąpił jednak wraz z internetem i platformami VOD. Netflix udostępnił serial House of Cards w całości, bez dawkowania odcinków z tygodnia na tydzień, a inne serwisy szybko poszły tą samą drogą.
Największą rolę odgrywa dziś automatyczne odtwarzanie. Gdy jeden odcinek się kończy, drugi rusza sam i widz nie musi podejmować żadnej decyzji. Tak rodzi się nawyk.
Swoje robi też fabuła. Widzowie mocno przywiązują się do bohaterów, a odcinki często urywają się w najbardziej napiętym momencie. To słynny efekt cliffhangera, przy którym trudno nacisnąć stop.
Badacze wiążą binge-watching z gorszym snem
W 2017 roku na łamach Journal of Clinical Sleep Medicine ukazało się badanie Liese Exelmans z KU Leuven i Jana Van den Bulcka z Uniwersytetu Michigan. Ankietę wypełniło 423 dorosłych w wieku od 18 do 25 lat.
Za osoby oglądające seriale maratonami uznało się 80,6 proc. z nich, a co piąta z tych osób robiła to przynajmniej kilka razy w tygodniu.
Wyniki okazały się wyraźne. Im częściej ktoś oglądał seriale ciągiem, tym gorzej spał, był bardziej zmęczony w ciągu dnia i częściej zgłaszał objawy bezsenności. Przy zwykłym oglądaniu telewizji takiej zależności nie było.
Według autorów osoby oglądające maratonami miały o 98 proc. większe szanse na złą jakość snu. Kluczowe okazało się pobudzenie umysłu przed zaśnięciem, gdy głowa wciąż analizuje to, co zobaczyła na ekranie.
Badacze zaproponowali dwa rozwiązania. Widzów można ostrzegać, gdy seans robi się zbyt długi, i pomagać im wyciszyć się przed snem.
Samotność i depresja w tle maratonów
Jeszcze wcześniej, w 2015 roku, temat wzięli na warsztat naukowcy z Uniwersytetu Teksańskiego w Austin. Zespół z udziałem Yoon Hi Sung przebadał 316 osób w wieku od 18 do 29 lat, a wyniki zaprezentowano na konferencji International Communication Association w Portoryko.
Okazało się, że im bardziej badani czuli się samotni i przygnębieni, tym częściej sięgali po maratony seriali. Oglądanie było dla nich sposobem na oderwanie się od złych emocji.
Co więcej, osoby z mniejszą samokontrolą nie potrafiły przestać nawet wtedy, gdy czekały na nie inne zadania. Klikały kolejny odcinek.
Badacze przypomnieli też o ciele. Długie siedzenie przed ekranem często idzie w parze z jedzeniem, co sprzyja otyłości, cukrzycy i chorobom serca.
Trzeba jednak pamiętać, że oba badania pokazują związek, a nie przyczynę. Nie wiadomo, czy to seriale pogarszają samopoczucie, czy to gorsze samopoczucie pcha przed ekran.
Przypomnijmy, że po długim maratonie widzowie często czują żal i wyrzuty sumienia z powodu straconego czasu. Z kolei przerwanie seansu potrafi wywołać rozdrażnienie i złość. Wśród fizycznych skutków wymienia się przewlekłe zmęczenie, brak energii i zaburzenia diety.
Same seriale nie są wrogiem. Liczy się umiar, dzięki któremu wieczór z ulubionym tytułem pozostaje odpoczynkiem, a nie szkodliwym nawykiem.
źródło zdjęć: Canva






