Ekspert ostrzega przed szturmem na bankomaty. Wskazał, ile oszczędności mieć na czarną godzinę

Ekspert ostrzega przed szturmem na bankomaty. Wskazał, ile oszczędności mieć na czarną godzinę

Pieniądze na wypadek wojny mogą utknąć na koncie. Jarosław Sadowski z Rankomat.pl w rozmowie z „Faktem” przestrzega przed masowym szturmem na bankomaty. Ekspert podał też, ile oszczędności warto mieć odłożone na czarną godzinę. Jedna rada dotyczy kredytów.

Rozmowa ukazała się 7 października 2026 roku. Dziennikarze „Faktu” zapytali o rzeczy, które w razie konfliktu interesowałyby każdego. Czy zadziałają bankomaty? Czy da się zrobić przelew? Co z oszczędnościami i ratami kredytu?

Pieniądze na wypadek wojny mogą utknąć na koncie

Według Sadowskiego problem może się pojawić nawet bez formalnych ograniczeń. Wystarczy, że wielu klientów banków naraz zechce wypłacić gotówkę. Podobna sytuacja miała już miejsce w czasie pandemii.

W praktyce część osób mogłaby mieć pieniądze na rachunku, a mimo to przez jakiś czas nie móc ich wypłacić. Przed placówkami bankowymi mogłyby ustawić się kolejki. Ekspert zakłada, że system finansowy i bank centralny działałyby na rzecz zapewnienia płynności. Powrót do normalności może jednak potrwać.

Groźny jest nie tylko brak dostępu do gotówki. To nie wszystko. Kłopotem może okazać się także słabszy złoty.

Gdyby stała się jakaś poważna sytuacja, to złoty na przykład może stracić na wartości

– zaznaczył Sadowski.

Wtedy część Polaków zaczęłaby wymieniać złote na euro czy dolary. Nagły popyt na waluty obce podbiłby ich kursy. Dlatego ekspert radzi, by mieć w zapasie trochę gotówki i część oszczędności w obcej walucie. Nie chodzi jednak o przewalutowanie wszystkiego.

Ekspert wskazał, ile oszczędności mieć na czarną godzinę

Poduszkę finansową warto budować niezależnie od sytuacji na świecie. Sadowski nie ma co do tego wątpliwości.

Idealnie, niezależnie od tego, czy jest wojna, byłoby mieć przynajmniej oszczędności, żeby być w stanie przeżyć przez 3 miesiące bez osiągania dochodów

– wyjaśnił ekspert.

Absolutnym minimum są jego zdaniem pieniądze na miesiąc życia. Mniej to już za mało.

Kredyt w czasie wojny trzeba dalej spłacać

Wojna nie kasuje automatycznie zobowiązań wobec banku. Jeśli da się normalnie pracować i zarabiać, ratę trzeba płacić jak dotąd.

Jeżeli to nie jest to jakaś pełnoskalowa wojna, tylko po prostu, powiedzmy, trochę panika i nie możemy dostać się do swoich pieniędzy, ale normalnie funkcjonujemy, chodzimy do pracy i tak dalej, to raczej należałoby tej spłaty pilnować

– tłumaczył Sadowski.

Inaczej jest wtedy, gdy ktoś traci dostęp do pieniędzy albo musi wydać oszczędności na pilne potrzeby. Wówczas spóźnienie z ratą bywa koniecznością. Nie ma innego wyjścia. Kilka dni, a nawet miesiąc zwłoki nie musi oznaczać katastrofy.

Najczęściej dopiero kłopoty się zaczynają po 3 miesiącach niezapłacenia raty

– dodał ekspert.

Gdy płacenie rat naprawdę staje się niemożliwe, najlepiej od razu skontaktować się z bankiem. Można wtedy ustalić indywidualne porozumienie albo odroczenie płatności. Sadowski nie wyklucza też, że przy bardzo poważnym kryzysie państwo sięgnęłoby po wyjątkowe rozwiązania.

Jestem w stanie sobie wyobrazić, że być może znów takie wakacje kredytowe byłyby wprowadzone

– przyznał.

Zastrzegł jednak, że to scenariusz na sytuację skrajną. Samo pojawienie się konfliktu zbrojnego niczego tu nie zmienia. Dopóki banki działają, a pensje wpływają na konta, zobowiązania pozostają aktualne.

Przypomnijmy, że gotówka już wcześniej okazywała się w Polsce towarem pierwszej potrzeby. Jak podawał portal bank.pl, od marca 2020 roku wartość pieniądza w obiegu wzrosła o około 80 mld zł i doszła do 320 mld zł. Prezes NBP Adam Glapiński mówił z kolei, że po wybuchu wojny w Ukrainie przed bankomatami natychmiast ustawiły się kolejki. W polskich przepisach nie ma przy tym limitu gotówki, którą można trzymać w domu.

Źródło zdjęcia: Canva