Wciąż nie opadają emocje po dramatycznym pożarze, do którego doszło w sylwestrową noc w szwajcarskim kurorcie narciarskim Crans-Montana. Wśród chaosu, dymu i krzyków znalazł się człowiek, który bez wahania ruszył na pomoc innym. 55-letni Paolo Campolo, mieszkaniec miejscowości, wspólnie z ratownikami wyciągnął z płomieni około 20 osób. Dziś sam dochodzi do siebie w szpitalu, a jego relacja porusza do głębi.
- Bohaterska akcja w sylwestrową noc. Mieszkaniec kurortu uratował dziesiątki osób z płonącego budynku
Tragiczny bilans sylwestra w Crans-Montanie
Do eksplozji i pożaru doszło w piwnicy jednego z barów, gdzie około 200 osób świętowało nadejście nowego roku. Według wstępnych ustaleń, do tragedii przyczyniło się użycie materiałów pirotechnicznych, które doprowadziły do wybuchu ognia.
Bilans zdarzenia jest dramatyczny. Zginęło co najmniej 47 osób, a około 115 zostało rannych. Wielu poszkodowanych doznało ciężkich poparzeń i obrażeń dróg oddechowych. Świadkowie, którym udało się uciec, mówią o panice, zerowej widoczności i braku możliwości wydostania się z lokalu.

Bohaterska akcja w sylwestrową noc. Mieszkaniec kurortu uratował dziesiątki osób z płonącego budynku
Paolo Campolo mieszka zaledwie kilkadziesiąt metrów od miejsca tragedii. O pożarze dowiedział się niemal natychmiast — zadzwoniła do niego córka jego partnerki, która zauważyła ogień.
Mężczyzna nie zastanawiał się ani chwili. Natychmiast pobiegł w stronę płonącego budynku, dołączając do pierwszych ratowników i osób próbujących pomóc uwięzionym w środku ludziom.
ZOBACZ TAKŻE: Nowy wiek emerytalny? W Sejmie propozycja dużych zmian dla kobiet i mężczyzn
„Wchodziłem tylko na metr, dwa. Dalej się nie dało”
W rozmowie ze szwajcarskim portalem „20 Minuten” Campolo opisał dramatyczne chwile akcji ratunkowej. Jak podkreślał, warunki były skrajnie trudne — gęsty dym, ogień i wysoka temperatura uniemożliwiały wejście głębiej do środka.
Dało się wejść najwyżej na metr albo dwa. Chodziło tylko o to, by złapać kogoś i wyciągnąć na zewnątrz — relacjonował.
W ten sposób, wspólnie z ratownikami, udało się uratować od 15 do nawet 20 osób, które bez szybkiej pomocy prawdopodobnie nie miałyby szans na przeżycie.
„Nie myślisz o strachu. Robisz to, co trzeba”
Zapytany o to, co czuł w trakcie akcji, 55-latek przyznał, że nie analizował sytuacji ani zagrożenia.
Nie myśli się o tym ani przed, ani po. Po prostu działa się automatycznie — powiedział.
Dziś sam znajduje się pod opieką lekarzy w szpitalu w Sion. Jego stan jest stabilny, jednak wymaga dalszej obserwacji.
Obrazy, które zostaną na zawsze
Najtrudniejsze okazały się wspomnienia. Gdy dziennikarze zapytali go, co najbardziej utkwiło mu w pamięci, odpowiedź była krótka, ale poruszająca.
Widziałem naprawdę wielu ludzi z bardzo poważnymi poparzeniami — przyznał.
Śledztwo w sprawie tragedii w Crans-Montanie wciąż trwa. Służby badają dokładne przyczyny wybuchu i sprawdzają, czy w lokalu przestrzegano zasad bezpieczeństwa.
źródło zdjęcia: Canva