Umiera się nie na jakąś ...
Umiera się nie na jakąś określoną chorobę, lecz na całe życie.
Jestem miłą osobą
dopóki ktoś nie podniesie mi ciśnienia.
Potrafię przyznać się do błędu, przeprosić i wiele wybaczyć. Niezwykle cierpliwy ze mnie człowiek i myślę, że moje granice tolerancji dla ludzkich zachowań sięgają bardzo daleko. Taki już ze mnie typ. Ugodowy. Czasami jednak zdarzy się - chociaż niezwykle rzadko - że ktoś uprze się na tyle, że te granice przekroczy. Wtedy zaczynam wyznawać "mamtowdu*izm" i "c*ujmnietoobchodzizm". Wtedy już nikogo nie przepraszam, jedynie samą siebie, że wcześniej byłam tak grzeczna, nazbyt wyrozumiała w stosunku do innych i zbyt mało honorowa w stosunku do siebie.
Ile niewypowiedzianych słów przepadło
na zawsze. A może ważniejsze były od
tych wszystkich wypowiedzianych
Prostota ma swoją gorzką stronę.
Przyłączył się do większości [tj. umarł].
Większość ludzi gra szczerość, poddając się terrorowi poprawności.
Może rzeczywiście dopiero po ciężkim kryzysie człowiek poznaje siebie naprawdę, może trzeba dostać w kość, żeby zrozumieć, czego właściwie chce się od życia.
Kto stoi w miejscu, ten się cofa.
Kto chce sam siebie ukarać, zawsze znajdzie po temu okazję.
Nie poddaję się losowi, tylko trzeźwo myślę.